O granicach kompetencji, czyli po prostu…nie musisz być ekspertem:)

Rozmawiałam kiedyś przy kawie z moim przyjacielem, który z racji wykonywanej pracy (jest księdzem katolickim) spotyka się często z ludzkimi problemami różnej, nierzadko trudnej natury. Zapytałam go z ciekawości (mając na uwadze oczekiwania, które często towarzyszom ludziom w rozmowach z osobami społecznie uznawanymi za autorytety) czy, a jeśli tak to co im radzi. Mój przyjaciel powiedział mi wówczas jedno z najbardziej odkrywczych i uwalniających zdań, jakie usłyszałam- “dobrze znać granice swoich kompetencji”. Proste, prawda? A jakież nieproste dla nas- nauczycieli, dla nas- metodyków.

Często spotykam się z nauczycielami, którzy dzielą się swoimi problemami w pracy, które często wcale nie wynikają z nieumiejętności przeprowadzenia efektywnych zajęć. Problemy dotyczą na przykład pracy z uczniem o specjalnych potrzebach edukacyjnych, współpracy z “trudnym” rodzicem, czy w ogóle strategii efektywnej komunikacji czy zarządzania zespołem. Pytanie zatem brzmi: Gdzie leżą granice moich kompetencji? Czy pracując z dziećmi czy ich rodzicami w zawodzie nauczyciela języka obcego rzeczywiście muszę mieć tak rozległą, praktyczną wiedzę, jakiej (nie wiadomo dlaczego) inni ode mnie oczekują? A może ja sam(a) dałam się wciągnąć w machinę wymagania eksperckości i wielozadaniowości od samego/ samej siebie?

Z mojego doświadczenia wynika, że warto po prostu, dla własnego dobra powiedzieć (sobie też), że czegoś nie wiem i że mogę tego nie wiedzieć. Zajmuję się czymś najlepiej, jak potrafię szukam rozwiązań, ale nie muszę być ekspertem od wszystkiego i mogę zawsze poprosić o pomoc, szczególnie, jeśli obszar ten dotyczy czegoś z czym nie czuję się pewnie i komfortowo. Niby proste, oczywiste, ale…?:)

Magdalena Kaźmierkiewicz

zpamietnikametodyka.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.